Mieli być wiązani, kneblowani, bici i przypalani paralizatorem. Wszystko miało miejsce w 2012 roku, kiedy to po opuszczeniu aresztu ostrowianin Jędrzej Kryszkiewicz popełnił samobójstwo. Ciało syna znaleźli rodzice, którzy walczą o sprawiedliwość. Policjanci, którzy mieli dopuścić się torturowania wciąż pracują w policji, możliwe, że jeszcze na początku grudnia zapadnie wyrok w tej sprawie.

24 sierpnia 2012 roku. Małgorzata i Tomasz Kryszkiewiczowie z Ostrowa Wielkopolskiego znajdują ciało swojego syna Jędrzeja. Chłopak popełnił samobójstwo. Kilka dni wcześniej został zatrzymany przez miejscowych policjantów jako podejrzany o napad i kradzież biżuterii w Siedlcach. Z jednego z tamtejszych jubilerów zginęły kosztowności o wartości 70 tysięcy złotych.
Razem z Jędrzejem do aresztu trafiają jeszcze dwaj inni ostrowianie – Mariusz M. oraz Mateusz G. Cała trójka zostaje przewieziona na komendę w Siedlcach. Ostrowian „wsypuje” bowiem mieszkaniec Siedlec, który razem z nimi miał dokonać kradzieży, a sprawę przejęła tamtejsza policja. Według świadków i przesłuchiwanych policjanci nadużyli swoich uprawnień czym mogli doprowadzić do śmierci Jędrzeja Kryszkiewicza. 

Na początek grudnia (4 i 8 grudnia) zaplanowano 2 rozprawy w ostrowskim sądzie, podczas których najprawdopodobniej wygłoszone zostaną mowy końcowe. Równolegle z rozprawą odbędzie się protest pod ostrowskim sądem. Sam proces trwa od lutego 2016 roku. 
Do tej pory wyrok nie zapadł, a oskarżonym grozi do 10 lat pozbawienia wolności.



Jak doszło do śmierci Jędrzeja Kryszkiewicza? 

Policjanci torturowali zatrzymanych: „Przesłuchamy cię jak w Guantanamo”
Mieli bić, porażali paralizatorem, polewali wodą, a usta zaklejali taśmą. Jeden z zatrzymanych popełnił samobójstwo, tymczasem siedleccy policjanci dalej pracują.
To prawda, że przestępcy dość często oskarżają policjantów o stosowanie niedozwolonych metod i wymuszanie biciem zeznań. I zwykle nikt im nie wierzy. Jednak w tym przypadku jest inaczej. 20 czerwca cztery lata temu prokurator Wiesław Tulikowski z Chełma Lubelskiego postawił zarzuty naczelnikowi Wydziału Kryminalnego Komendy Miejskiej Policji w Siedlcach i czterem jego podwładnym.

- To pierwsza sprawa w Polsce na taką skalę - powiedział mec. Mikołaj Pietrzak z kancelarii Pietrzak & Sidor reprezentującą rodziców Jędrzeja Kryszkiewicza. Tego, który po przesłuchaniach w siedleckiej policji popełnił samobójstwo.

Policjantom grozi od roku do dziesięciu lat więzienia za „przemoc, groźbę bezprawną, znęcanie się” w celu uzyskania zeznań (art. 246 kk). Zarzuty postawiono naczelnikowi, aspirantowi sztabowemu Wiesławowi P. (wcześniej odznaczony medalem za długoletnią służbę), i jego podwładnym: młodszym aspirantom Jarosławowi K., Adamowi Ch. i Grzegorzowi P., a także starszemu sierżantowi Grzegorowi R. Mieli się znęcać nad trzema mężczyznami, podejrzanymi o kradzież w sklepie jubilerskim w Siedlcach.

Samobójstwo
24 sierpnia 2012 r., tydzień po opuszczeniu izby zatrzymań w siedleckiej komendzie policji, 19-letni Jędrzej Kryszkiewicz popełnia samobójstwo w pobliżu swojego domu w Ostrowie Wielkopolskim. Zostawił list pożegnalny: „Wybaczcie mi, to jedyny ratunek dla duszy mojej. Tylko w ten sposób mogłem się uratować. Módlcie się za mnie”.

Gdyby nie to samobójstwo, sprawa przeciwko policjantom z Siedlec mogłaby zostać zamieciona pod dywan, jakie wiele podobnych. Nagłośniono ją, bo rodzice Jędrzeja uważają, że przyczyną śmierci syna były wydarzenia w komendzie.

Opowiadają, że Jędrzej, który wcześniej trenował sztuki walki i był nawet mistrzem Polski juniorów, po urazie kręgosłupa musiał zrezygnować ze sportu i „wpadł w złe towarzystwo”. Nie zaprzeczają, że brał udział w okradzeniu jubilera. - Ale to nie usprawiedliwia tego, co z nim robiła policja - mówi ojciec Tomasz Kryszkiewicz.

Po śmierci syna skontaktował się z biurem spraw wewnętrznych policji. Opowiedział, co Jędrzej mówił o torturach podczas przesłuchania. - W BSW sprawę potraktowano bardzo poważnie. Poradzili, żebyśmy złożyli wniosek, żeby sprawą zajęła się inna prokuratura niż w Siedlcach - wspomina matka, Małgorzata Kryszkiewicz. I choć śledztwo o doprowadzenie Jędrzeja do targnięcia się na własne życie zostało umorzone, to sprawę znęcania się prokurator potraktował inaczej.

"Rozpytanie"

14 sierpnia 2012 r. do komendy w Ostrowie Wielkopolskim przyjechali policjanci z Siedlec odległych o prawie 400 km. Mieli zabrać Jędrzeja Kryszkiewicza i dwóch jego kolegów: 29-letniego Mariusza M. i 22-letniego Mateusza G., którzy okradli jubilera na jednej z głównych siedleckich ulic.

Pierwszy do jubilera wszedł Maciej P., mieszkający w Siedlcach kolega Jędrzeja. Poprosił, żeby pokazano mu złote łańcuszki. Kiedy ekspedientka wyjęła kilka pudełek, do sklepu wpadł Jędrzej. Wyrwał jej pudełka i odjechał samochodem, w którym czekali pozostali wspólnicy. Obsługa sklepu skojarzyła, że Maciej P. jest wspólnikiem złodziei, i nie wypuściła go aż do przyjazdu policji. Podczas przesłuchania Maciej P. powiedział, kim są jego wspólnicy. Informacje przekazano policji w Ostrowie, która złodziei wyłapała.

Po przewiezieniu zatrzymanych do Siedlec policjanci z wydziału kryminalnego komendy miejskiej przez kilka godzin prowadzili tzw. rozpytanie. Złodzieje się przyznali. To właśnie wtedy policjanci mieli dopuścić się przemocy. O tym, co się działo w pokojach przesłuchań wydziału kryminalnego mówią materiały ze śledztwa.

Podtapianie, paralizator

Mariusz M. zeznał, że przed wejściem do policyjnego samochodu „dostał łokciem w twarz” od jednego z funkcjonariuszy i został porażony paralizatorem: - Ten policjant powiedział, że jedziemy teraz na Kresy Wschodnie, gdzie się kończy humanitaryzm i prawa człowieka. (...) Ten, do którego zwracali się „naczelniku”, wydawał polecenia, że mamy być uciszeni, żebyśmy nie krzyczeli. (…) Do mnie powiedział, że oni są takimi samymi bandytami jak my, z tym że oni działają w imieniu prawa, a my przeciwko niemu. (…) Naczelnik ostrzegał, że jeśli zmienię zeznania u prokuratora, to będę zamknięty w areszcie w Siedlcach, a oni tam mają swoich ludzi i będę cwelem.

- Kiedy leżałem na podłodze słyszałem, jak przesłuchują Jędrzeja. Przez dłuższy czas się nie przyznawał więc go bili. Jędrek krzyczał, błagał, żeby nie bili, potem słyszałem, jak kazali mu siadać na biurku i wkładać jądra do szuflady, słyszałem też, jak mu ubliżali i mówili do niego „ciota”.
Naczelnik mówił, że mamy być tak bici, żeby nie było słychać, jak krzyczymy. Mówił: „zakneblujcie im mordy, bo się drą jak baby na porodówce” - opowiada Mariusz M.

- Funkcjonariusz, który miał bliznę na ręce był głównym moim oprawcą, raził mnie paralizatorem, bił pałką po głowie i po uszach, deptał po głowie. Kiedy inny policjant bił pałką po piętach, on zasłaniał mi usta ręką, żebym był cicho. To ten policjant ściągnął mi spodenki do kolan, polał moje genitalia wodą, straszył, że jeżeli się nie przyznam, to pojedziemy do lasu. Mówił, że będę przesłuchiwany jak w Guantanamo. Prawdopodobnie to on przyniósł do pokoju wiadro i wodę w litrowych butelkach po coli. Pytał, czy trenowałem pływanie i że dowiem się, dlaczego w Guantanamo wyciągają z nich wszystko, co wiedzą.

- Nawet kiedy zacząłem się przyznawać, nadal mnie bili. Przewrócili mnie na plecy, położyli na twarz ręcznik, zaczęli delikatnie lać wodę wokół głowy, za chwilę wszedł naczelnik i powiedział, żeby mi dojebać po raz ostatni i żeby mi do głowy nie przyszło wycofywać wyjaśnień u prokuratora, bo i tak dostanę sankcję w Siedlcach, a oni będą mnie cały czas brać na przesłuchania.

- Ten, który wszedł, odchylił mi głowę tak, że leżałem jednym uchem na linoleum, a na drugie mi nadepnął. Stojąc nade mną, bił mnie rytmicznie pałką w czubek głowy. Słyszałem, jak w pokoju obok Jędrka razili prądem, a on krzyczy. Leżałem twarzą do ziemi, policjant podszedł do mnie, zdjął mi krótkie spodenki, majtki ściągnął na wysokość butów, wziął butelkę po coca-coli i zaczął polewać wodą, woda poleciała mi na genitalia, powiedział, że zaraz zostanę rozdziewiczony, dołożył paralizator do jąder i go włączył.

Z zeznań Mateusza G.:

- Policjant przewrócił mnie na ziemię, a wcześniej miałem wrażenie, że robiłem jakieś fikołki. Pamiętam, że potem leżałem twarzą do parkietu pomiędzy biurkami. (…) Paralizator przyniósł następny policjant. Powiedział, że oni mi dzisiaj cały ten paralizator wyładują. (…) Ten wysoki zdjął mi adidasy z nóg i bił twardą grubszą czarną pałką po piętach. (...) O tym, że tu jest wschód i tu nie ma demokracji, powiedział ten najgrubszy policjant.

Szuflada na genitalia

Zeznania dziewczyny Mariusza M.:

- Mariusz powiedział mi, że widział, jak Jędrek siedział na biurku bez majtek i szufladą miał przytrzaskiwane genitalia. (…) Widziałam u Mariusza sine małżowiny uszne, kropki na ciele, były czerwone i wyglądały jak przypalone od papierosa, miał sine stopy i kulał.

Zeznania dziewczyny Mateusza G.:

- Na plecach miał czerwone kropeczki, bolało go to. Chciałam, żeby pojechał do szpitala na obdukcję, ale on bał się, że kiedy pojedzie jeszcze raz do Siedlec, to go zabiją, jak się dowiedzą, że był na obdukcji.

Zeznania brata Jędrzeja Kryszkiewicza:

- Jędrek mówił mi o torturach. Mówił, że policjanci polewali go zimną wodą, a jak się nie chciał do czegoś przyznać, to siłą wzięli go do jakiejś szafki i przytrzaskiwali jądra drzwiami. (…) Mówił, że przesłuchiwało go chyba pięciu policjantów, jeden mówił „ja jestem sadysta i chuj”, że „tu jest Białoruś”. Widziałem na nogach, karku i na wewnętrznych stronach ud brata ślady po paralizatorze Jędrek mówił, że paralizatorem razili go po jądrach. (…) Jędrek żałował, że się od początku nie przyznał, bo wtedy nie miałby przytrzaskiwanych jąder.

Zeznania ojca Jędrzeja: - Kiedy policjanci bili syna, miał on usta zaklejone taśmą.

Co ma prokurator

Zeznania zatrzymanych i ich bliskich nie są jedynymi dowodami w tej sprawie. Mariusz M. i Mateusz G. rozpoznali na zdjęciach policjantów, którzy mieli ich bić. Opis pomieszczeń, gdzie byli „rozpytywani” także zgadza się z wyglądem pokojów wydziału kryminalnego w Siedlcach. Zeznania składali niezależnie od siebie (przebywają w różnych aresztach w Polsce za inne przestępstwa). I najważniejsze: Jędrzej Kryszkiewicz i Mariusz M. po powrocie do Ostrowa poddali się obdukcji lekarskiej, która potwierdziła obrażenia po pobiciu i ślady po paralizatorze.

Na razie nie wiadomo, czy prokurator ma jeszcze jakieś inne dowody. Teraz jest to tajemnicą śledztwa. Do udowodnienia policjantom winy przed sądem jeszcze droga daleka.

Rodzice Kryszkiewicza powiadomili o jego śmierci Europejski Trybunał Praw Człowieka. Mimo umorzenia w tej części śledztwa są przekonani, że maltretowanie przez policjantów ich syna przyczyniło się do jego samobójstwa. Po powrocie do domu wciąż się bał, „nie był sobą”. - Niedawno miałby 20. urodziny. Chciałabym normalnie przechodzić po nim żałobę i do tych wydarzeń nie wracać, ale nie mogę tego tak zostawić - mówi Małgorzata Kryszkiewicz.

- Nie mogą pozostać bezkarne działania tych, którym tytuł i odznaka służą jako osłona do działań zwyrodniałych, okrutnych i łamiących prawo - dodaje ojciec.

Przywróceni do służby

Komenda w Siedlcach mieści się w odnowionym budynku w centrum miasta. Przy wejściu leży lokalne czasopismo. Na okładce zdjęcie komendanta i tytuł „Komendant z pasją”. Podinspektor Marek Fałdowski mówi, że nie wierzy w winę podwładnych. - To wartościowi i oddani funkcjonariusze. Ich służba była nienaganna. Do tej pory nie miałem do nich najmniejszych uwag. Chciałbym wierzyć, że sąd wyda wyrok uniewinniający, że policjanci zostaną oczyszczeni - powtarza kilka razy.

Nie przekonują go dowody, które zebrał prokurator, ale zaraz dodaje, że nie zna tych dowodów. Policjantów zawiesił na krótko, więc już wrócili do pracy. - Nie miałem podstaw, żeby dalej ich zawieszać. Art. 39 ustawy o policji mówi, że zawieszenie można przedłużyć w uzasadnionych przypadkach do czasu zakończenia postępowania karnego, ale w mojej ocenie taki przypadek tutaj nie zachodził.

Komendant martwi się też tym, że z powodu tej sprawy jego jednostka może być w mediach przedstawiona w złym świetle.