Ostrowscy Krytycy Dobrego Smaku odwiedzili kolejną restaurację w Ostrowie. Tym razem padło na Cafe Sepia.

Wchodząc do restauracji Sepia Wine&Dine znajdującej się na ostrowskim Rynku nr 32 niektórzy z nas mieli oczekiwanie, że zostaniemy przeniesieni w świat fotografii barwionej na ten właśnie charakterystyczny brązowawy kolor. I częściowo się zgadzało, bo fotografii w Sepii jest sporo, tyle że kolorowej i różnoformatowej; począwszy od malutkich i gęsto rozsianych na odsłoniętym czerwonoceglastym murze wycinków życia codziennego, na które natkniemy się w drodze do łazienki, poprzez większe ujęcia z życia spadochroniarzy aż do rzucających się w oczy czterech nader sympatycznych zakonnic, przyłapanych na parkowej ławeczce na degustacji ciasta i sufitowe wielkoformatowe kręcone schody i niebo. Dodajmy do tego stylowe stoliki i lampy, kominek, stare pianino, na którym – wg zapewnień na (dawno nieaktualizowanej) stronie internetowej – grają „best live jazz” (Ktoś widział? Ktoś słyszał?), stoliki i fotele o różnych kształtach i kolorach (szachiści od razu trafią do swojego kwadratowego stoliczka z pionami ukrytymi w szufladkach). Wszystko to sprawia, że lokal wywiera ogólne wrażenie przytulności a stonowana muzyka skłania do niespiesznej konsumpcji.

Karta dań jest za to pragmatyczna i biurowa, w formie sztywnej podkładki na dokumenty z klipem, który przytrzymuje luźno podrukowane kartki z bezpardonowo podanymi cenami i nazwami dań – najpierw cena, potem danie, najpierw cena, potem danie, najpierw zapłać, potem jedz? nieeee… – wszystko czarno na białym w przejrzystych kapitalikach, co by wszystko było jasne. Wybieramy różnorodne potrawy, co by nakreślić sobie i Wam kompleksowy obraz umiejętności kucharza (a „best dishes” na filmiku reklamowym restauracji zobowiązuje!).


Aniela zamawia wycenioną na 16 zł sałatkę z grillowanym kurczakiem, cukinią, serem pleśniowym, bakłażanem z pomidorem, cebulą, ogórkiem i papryką z dodatkiem ciepłego pieczywa. Wiele by można o niej powiedzieć, ale zaczniemy od tego, że wyglądała przepysznie z tym zielonym sosem, w którym skąpano apetycznie wyglądającego kurczaka. Można było odnaleźć w niej liście szpinaku, roszponkę i białą paprykę. Smakowała naprawdę dobrze, przyznano by dzisiaj maksimum punktów, ale… No właśnie, szkoda że było małe „ale” a nawet dwa małe „ale”: Po pierwsze największy kawałek mięsa był lekko surowy w środku, co nie przystoi na dobrze przyrządzonego kurczaka, a po drugie jak już obiecują w menu, że będzie bakłażan, cukinia i ser, to niech nie każą ich szukać jak igły w stogu siana – po dwa cieniutkie plasterki warzyw i naparsteczek sera?… toż to zakrawa na dziadowskie oszczędności hehe. Za smak, prezentację dania, obsługę i wygląd lokalu przyznano 6,5 punktów.

Paulina zjadła rybę. Ryba nazywała się dorsz duszony w białym winie podany na liściach szpinaku. Oprócz tego (bo dodatki do dań głównych należy zwykle dobrać osobno) wybór padł na frytki własnej roboty i fasolkę szparagową podaną na nasze życzenie w stanie lekko rozgotowanym. Jami, jami? Ależ tak! Rybka niczego sobie, popłynęła na tym winie, które zapewniło lekko alkoholowy aromat, liście szpitaku smacznie przyrządzone, choć szpinak pewnie sam w sobie był zaskoczony, a może nawet lekko rozczarowany, ponieważ wylądował jednak nie pod rybką a na niej. A frytki – duży rozmiar i ze skórką na końcach – naprawdę bardzo smaczne. Całość smakowała Paulinie w sumie wybornie, nieco punktów odjęła na obsłudze i lokalu i wyszło dumne 7,5 punktów.

Maciej postawił na klasycznego amerykańskiego burgera w zestawie z frytkami i miksem sałat. I od razu zdradzimy, że się nie rozczarował. Mięsko wołowe wyszło kucharzowi soczyste, dobrze doprawił i skrzętnie pilnował czasu smażenia (róż w środeczku), a to gwóźdź programu. Dobierzmy do tego dobrą bułkę, klasyczny sos majonezowo-ketchupowy, pomidorek, ogórek konserwowy, rozległy liść sałaty masłowej i cebulkę i wyjdzie nam proste acz smaczne danie. Frytki były ok, a trochę surówki w żywych kolorach dawało kojące wrażenie, że całość jest smaczna i zdrowa. Nie było efektu WOW, ale za to było bardzo przyzwoicie. Zestaw został estetycznie podany na grubej, drewnianej desce. Maciejowi dzisiaj smakowało na 7 punktów.



Tomasz poszedł w „makaronowo mi” i skusił się na klasyczną lasagne bolognese. No bo czym poznać się na kunszcie kucharza? Ano po klasycznych potrawach właśnie. Klasyczną lasagne podano klasycznie w naczyniu żaroodpornym. Danie przykryto ładną, nie za mocno spieczoną pierzynką serową i udekorowano pomidorkami koktajlowymi i liściem bazylii. Walory smakowe tej potrawy gdzieś przy tym niestety czmychnęły, gdyż wprawdzie makaron był ugotowany poprawnie, ale z sosem pomidorowym coś poszło już nie tak. Mięsa mało, a czerwony kolor sosu uzyskano a raczej odzyskano z wnętrza puszki lub słoika. Był on przy tym mocno wodnisty i średnio smaczny. W dość kłopotliwym położeniu rzeczonej lasagne pospieszyć z pomocą mógłby np. pyszny sos beszamelowy, ale go tu nie było. Zjeść ją wprawdzie Tomasz zjadł, bo głodny był, ale szału nie było, za to mały zawód. Pocieszenie za to znalazł w deserze w postaci tortu bezowego z kremem mascarpone, orzechami i daktylami. Kawałek tortu podano naprawdę w wykwintny sposób, a spora porcja przesłodkiego deseru (w sam raz dla łakomczuchów!) na tyle zdobyła podniebienie Tomasza, że przyznał restauracji łącznie 6,5 punktów.


A czy Wy też próbowaliście powyższych dań? Jakie są Wasze odczucia? Hm…?

U nas restauracja zarobiła prawie 7 punktów (6,9) na 10 możliwych. Na pewno chętnie tu wrócimy, by spróbować czegoś nowego. Również i w tym lokalu zjemy pizzę (w dwóch rozmiarach do wyboru), czy smaczną, tego jeszcze nie wiemy. Albo może skoczymy na kolację na ciabattę w którejś z jej licznych odsłon, a może się skusimy na stek z polędwicy w towarzystwie karafki wina, którym szczyci się lokal, albo pośniadaniujemy sobie tu któregoś razu. Jak widzicie, biurowe menu w Sepii niejedną kulinarną tajemnicę jeszcze skrywa. Można też skorzystać z popularnego portalu pyszne.pl i zamówić sobie coś „sepiowego” bez wychodzenia z domu. Choć uważamy, że przyjemniej się tu pofatygować i wchłonąć trochę atmosfery w tej przyrynkowej restauracji.